Uno, due, tre, ole!

W końcu przyszedł ten dzień…

który od momentu ujawnienia trasy tegorocznego rajdu był dla jednych obiektem westchnień i wielkich nadziei.

Z kolei u niektórych wywoływał mieszane emocje przeplatane pewną dozą niepewności i poczuciem wielkiej niewiadomej. Trzy słowa: Passo dello Stelvio – starannie ukryte za okoliczną górą nieopodal naszego miejsca noclegu, dało się słyszeć codziennie na ustach naszej niezastąpionej ekipy.

Jednak dzień zaczęliśmy nie od rozmyślania o przełęczy, a od tego co najważniejsze i co daje nam siły duchowe na codzienne kręcenie na rowerze. Jest nim osobiste spotkanie z Bogiem podczas Eucharystii, tym razem przy rześkim powietrzu doskonale wybudzającym nas z nocnego snu. Syte śniadanie pełne potrzebnych nam dzisiaj węglowodanów w postaci makaronu doskonale zaspokoiło nasz głód i przygotowało nas na dzień pełen wrażeń. Dokładnie trzy minuty przed godziną ósmą wyruszyliśmy na 25 kilometrowy sprawdzian naszej wytrwałości i determinacji. Wysokość rosła w szybkim tempie, o dziwo równocześnie z temperaturą powietrza. U wszystkich dało się czuć ogromne skupienie, by w pewnym momencie ukazać nam kultowe serpentyny gotowe na przywitanie 22 śmiałków. Kilometry mijały a wysokość wzrastała, by w końcu na chwilę przed południem móc z wysokości 2758m n.p.m.  oglądać wstęgę asfaltu wijącą się majestatycznie wśród górskiego zbocza. Zasłużona kawa, robienie zdjęć, jeszcze ostatni rzut oka na na ten wspaniały cud natury i w szybkim tempie zjechaliśmy na przedmieścia Bormio, by ku zaskoczeniu niektórych  rozpocząć kolejną wspinaczkę na następną przełęcz – Passo del Foscagno. Odrobinę niższa, jednak niektórzy zaczęli odczuwać lekkie problemy. Na dodatek zaczęły zbierać się ciemne chmury, które nie napawały nas optymizmem, jednak pełni nadziei kontynuowaliśmy wspinaczkę. Okazało się jednak, że nasze modlitwy o bezpieczeństwo i dobrą pogodę zostały wysłuchane, bowiem to co zaczęło lecieć z góry to żaden deszcz, lecz zaledwie „kapuśniaczek” cytując niektórych Boscoteamowiczów, który towarzyszył nam do końca etapu nie stanowiąc żadnego problemu.

Ale dlaczego uno, due i TRE skoro podjeżdżaliśmy tylko dwie przełęcze? A dlatego, że wbrew wszelkim informacjom podawanym z góry, okazało się że tak naprawdę po krótkim zjeździe z drugiej przełęczy, nachylenie nagle znowu uzyskało poważne wartości na plusie. Ku ogólnej dezorientacji po parominutowym podjeździe naszym oczom ukazała się uwaga trzecia przełęcz – Passo Eira. Wszyscy odetchnęli z ulgą, gdyż oznaczało to koniec dzisiejszej wspinaczki i długo wyczekiwany zjazd do Livigno. (Dzień zakończyliśmy zasłużoną kaszą z pulpetami po których udaliśmy się na wypoczynek).

Szymon- najlepsza łyda

w drodze na Stelvio
coraz bliżej Stelvio
Modlitwy wieczorne

3 komentarze

Komentowanie wyłączone