W końcu

Środa, lipiec trzeci, pielgrzymki dzień szósty. Passo dello Stelvio obserwuje nas z oddali. Czeka na nas. Czy przepuści wszystkich?…

Dzień rozpoczęliśmy tradycyjnie. Spanie w ciepłym śpiworze przerywa Luis Amstrong i jego” What a wonderful world”. Niby pozytywne, ale słuchane zawsze w roli budzika nie kojarzy się dobrze. Po rozbudzającej mszy świętej w kaplicy nastaje pora śniadania. Gryzienie chleba staje się coraz większym wyzwaniem. Bus spakowany. Z gospodarzem żegnamy się, jak zawsze z salezjańską kulturą i w drogę! Odpoczywamy dalej przed przełęczą. Dzisiaj tylko 50km. Podczas drogi napotkała nas niespodzianka, droga szutrowa, która jest piętą Achillesa dla rowerów szosowych, ale pokonaliśmy ją bez żadnej gumy.  Postój na burgera i frytki. Czyhające na nas od dłuższego czasu deszcz i burza w końcu nas dogoniły. Zakwaterowani w ośrodku sportowym w Prato allo Stelvio, sprawdzamy i czyścimy rowery przed jutrzejszym wyzwaniem, Stelvio czeka na nas…

Kuba