No i się zaczęło… pod górkę

Trzeba przyznać, wyjazdy z takich miejsc jak Riva del Garda, nie należą do najłatwiejszych.

Księża doskonale to przewidzieli, więc trasa już od samego początku, a w szczególności jej nachylenie skutecznie wybijało wszelkie myśli z głowy, nie tylko te o sielankowym wypoczynku nad bajkowym jeziorem.

Chociaż wspinaczka zakończyła się na dobre już na ósmym kilometrze, dała nam konkretną próbkę tego, co czeka nas w kolejnych dniach. Nie wybiegając jednak zanadto w przyszłość, daliśmy się porwać szosom Południowego Tyrolu, które są wręcz stworzone do turystyki szosowej. Ukształtowanie terenu dzisiejszej trasy pozwoliło nam przemknąć przez 115km niemalże bezwysiłkowo (gdyby nie temperatura powietrza, której bliżej było do piekarnika niż do klimatu górskiego). Skupienie na drodze przy tutejszych okolicznościach natury przychodziło z trudem, jednak obydwie grupy meandrowały po licznych zakrętach trydenckich ścieżek po mistrzowsku. Potężne szczyty cieszyły oczy, a prażące słonko nie pozwoliło zapomnieć w jakim kraju się znajdujemy. Chociaż w takich warunkach moglibyśmy łyknąć jeszcze raz taki dystans, cała załoga z szerokim uśmiechem na twarzy przywitała salezjanów z placówki w Bolzano, którzy zapewnili nam wymarzone (chłodne) warunki noclegowe, prysznic z pakiecie z wyparzaniem i niosącą orzeźwienie lemoniadę. Co prawda burza ograniczyła zwiedzanie dzisiejszej miejscowości, jednak szczęśliwi, że pierwszy raz na obiad został podany rajdowy przysmak (pulpety), oddaliśmy się radosnej regeneracji z myślą o nadchodzących etapach.

Słowem – jest bosko! Pamiętamy w modlitwie, a zarazem prosimy o nią prosimy.

Z Bogiem!

Tyrpa