Mamo, jesteśmy…

Jeśli jest coś trudniejszego od wspięcia się na Stelvio…

to jest to niewątpliwie bycie ciałem i duchem na Mszy Świętej o 5:30 (nagle przenośna sypialnia ortopedyczna,kryptonim ‘karimata’, przyciąga bardziej niż grawitacja), jednak Maryja, do której pielgrzymujemy w czasie tegorocznego rajdu, nie tylko na obrazach, ale całym swoim życiem wskazuje na Jezusa, więc bez porannego spotkania z Nim w Eucharystii nawet nie próbujemy siadać na nasze rumaki.

Brutalna pora pobudki nie była jednak fanaberią, lecz miała głęboki wymiar praktyczny – nasi opiekunowie robią, co mogą, aby po etapie nie zostały z nas jedynie skwarki, o co nietrudno, gdy przed południem woda w bidonach osiąga taką temperaturę, w której spokojnie można parzyć herbatę. Trzeba przyznać, że ekipa, pomimo środka nocy zachowała jasność umysłu i pakowanie przebiegło sprawnie jak nigdy przedtem. Pożegnaliśmy p. Wojtka z rodziną (którzy przyjęli nas z takim ciepłem i otwartością, że nie skłamię, jeśli powiem, że w Mandello del Lario czuliśmy się jak w domu) i rozpoczęliśmy wspinaczkę w stronę celu naszej pielgrzymki – do Sanktuarium Maryi, Patronki Rowerzystów. Oprócz podjazdu, oddychanie utrudniały również widoki tak niesamowite, że z wrażenia można było z łatwością zapomnieć o dostarczeniu sobie kolejnej porcji tlenu.

Pot zalewający oczy stracił na znaczeniu w momencie dotarcia pod niepozorną kapliczkę, od 1948 roku mekkę kolarzy z całego świata. Jestem przekonana, że nie znajdę osoby, spośród naszej wspólnoty, której serce nie przyspieszyło mimowolnie w momencie przestąpienia progu Madonny del Ghisallo. Setki tysięcy cyklistów pielgrzymujących do Mamy, ich patronki, zostawiły tutaj fragment siebie i to nie tylko w przenośni – to właśnie w wiosce Magreglio można zobaczyć rowery, czy mistrzowskie koszulki takich legend jak Fausto Coppi, Gianni Motta, Mario Cipollini, Ercola Baldini, Yaroslav Popovych (i gdybym próbowała wymienić wszystkich, nie wiem, czy zdążyłabym przed przyszłorocznym rajdem) złożone jako votum wdzięczności u stóp Maryi. Także i my zostawiliśmy po sobie znak – co prawda nie rower, ale naszą firmową czapeczkę oraz wpis do księgi. Po wspólnotowej modlitwie, przyszedł czas, aby indywidualnie szepnąć Mamie na ucho o intencjach, które każdy z nas wiózł w trykocie na naszym pielgrzymim szlaku i aby po prostu podziękować.

Trzeba dodać, że oprócz niebagatelnych walorów duchowych, zbocza gór otaczających jezioro Como to nie lada gratka dla, co bardziej zagorzałych fanów dwóch kółek, gdyż mieszczą one również otwarte z inspiracji Fiorenzo Magniego Międzynarodowe Muzeum Kolarstwa.

Z pełnymi sercami, duchem i brzuchem ruszyliśmy w stronę naszego miejsca noclegowego w miejscowości Cernobbio, bo chociaż nasza pielgrzymka dotarła do celu , to rajd nadal trwa. Łącząc koncentrację na drodze (ach te kręte, wąskie, malownicze, a do tego dziurawe włoskie uliczki) i kontemplację nad otaczającymi okolicznościami natury (czy tylko ja zbierałam szczękę z asfaltu?) dotarliśmy na miejscu w takim tempie, jak gdyby ktoś nam przez noc zamontował w ramach akumulatory. Spacer, który odbyliśmy zaraz po przyjeździe natchnął nas do napisania petycji w sprawie utworzenia plaży w Cernobbio … i głębokiego snu (chociaż w moim mniemaniu, z medycznego punktu widzenia, temu zjawisku było bliżej do zapaści). Wszyscy, jak jeden mąż, padli i młot pneumatyczny miałby problem z wybudzeniem kogokolwiek.

Jutro wjeżdżamy do Szwajcarii, kraju niesamowitych jezior, jeszcze piękniejszych gór i internetu za 100zł za 1GB, więc prosimy niezmiennie o modlitwę, ale i wyrozumiałość, gdyż kontakt będzie z nami utrudniony. Z całego serca pozdrawiamy! Z Bogiem!

Tyrpa

W drodze do Mamy
Wspinaczka do Madonny del Ghisallo
Modlitwa w sanktuarium